Przyjazd

IMG8097.JPG

Przed wylotem wiele osób pytało się czy dzieciakom są potrzebne ubrania, rzeczy ect. Owszem, jednak istnieje inny problem
- jak je dostarczyć do sierocińca? Jeżeli wysłać pocztą, to niestety wszystko zostanie rozkradzione.  Dlatego każdy, kto chce tu przylecieć, zobowiązany jest do dawno wymyślonej i dziesiątki razy sprawdzonej reguły: dla siebie można zostawić bagaż podręczny (10 kg), a dwie duże walizki wypełnia się rzeczami dla dzieci. Jesteśmy wyjątkiem. Z racji naszego przyjazdu na rok pozwolono nam jedną walizkę (23 kg) wziąść dla siebie. Zamiast podręcznego bagażu - gitary.

Całkowity czas lotu to ok. 9 godzin. Po lądowaniu, jeszcze przed sprawdzeniem dokumentów, uśmiechnięta pani z aparatem sprawdza czy przypadkiem nie mamy Eboli. Na szczęście nie. Wypełniamy kartę emigracyjną i oddajemy celnikowi od którego wzamian słyszymy tradycyjne Welcom... to Cameroun!

W Kamerunie obecnie jest sezon deszczów. Miasto spotyka nas błyskawicą. Jedziemy  misyjnym jeep-em do domu. Ojciec Dariusz mówi, że jeszcze słabo pada, my się śmiejemy, bo po tym jak przebiegliśmy 30 metrów od drzwi lotniska do samochodu jesteśmy całkowicie przemoknięci. Wbrew stereotypom, sezon deszczów nie jest czasem ciągłych ulew, deszcz pada 1-2 godziny dziennie wciągu dwóch miesięcy. Podjeżdżamy do zielonej trzymetrowej bramy. Jesteśmy na miejscu. Dzieci już śpią. Ojciec częstuje nas herbatą i miejscowym piwem. To jest taka tradycja. O niej później.