Po zaułkach Yaounde: rynkowo-kameruńska rzeczywistość

IMG8909.JPG

Typowy kameruński ryneczek, bez wątpienia, różni się od polskiego. Jednak parę podobnych rzeczy też się znajdzie. Wszystkie towary są absolutnie inne, ale w tym samym momencie każdemu zatrzymaniu się przy stoisku handlowymtowarzyszy wiadome „ Coś Panu/Pani pokazać? Mogę w czymś pomóc? Bierzcie, bierzcie, ja sam(a) tego zawsze używam!” 

Jeżeli porównywać polski i arabski styl handlowania, to ryneczki w Yaounde są bardziej podobne do polskich. Sprzedawcy tu nie pchają ci towarów do ręki i niemal jednego „nie, dziękuję” wystarczy. 

Z rzeczy które najbardziej się zapamiętały możemy wymienić chłopaków z taczkami. Na pierwszy rzut oka 13-15-latki. Zarabiają tym, że wożą zakupy nabywców. Na przykład, przyszła sobie pani, kupiła ziemniaki, maniok, banany i jeszcze coś. Wiadomo, że nosić tego wszystkiego w rękach nie jest w stanie. Wtedy w jedną sekundę przy niej pojawia się taki chłopak i proponuje swoje usługi. W zależności od dystansu płaci się mu 200-300 cfa (1,50-2zł). „W ciągu jednego dnia można zarobić do 1500 cfa (10zł)”, - mówi jeden z chłopaków. Większość z nich nie chodzi do szkoły, bo obowiązkową jest tylko podstawówka.

Praca dzieci tu nikogo nie zadziwia. I nie chodzi o zarobienie sobie na lody, jak to jest w niektórych państwach. Za przewóz taczką zakupów mu zapłacą, ale kto wytłumaczy, że warto chodzić do szkoły?

Ogólnie wszyscy tu są bardzo przyjaźni. Zrobić zdjęcia prosili nawet sami sprzedawcy. Tylko na samym końcu jeden prawie się rzucił na skierowany na niego aparat. Sympatia do białego przeplata się wraz z nienawiścią. Wszystko w jednym. Jak na rynku.

P.S. Kurczaka tu się kupuje żywego, żeby mięso się nie zepsuło w razie braku konsumentów. Mięso leży na słońcu, a sprzedający krzyczy do nas abyśmy mu przynieśli zdjęcie w następną sobotę.