Pieniądze

mieszkacy naszej misji wraz z gomi z Polski. Kamerun

Temat, który przyciąga wszystkich. Bardziej odważni pytają się o to na początku, inni na końcu rozmowy. Ale każdego interesuje, kto, gdzie, ile, kiedy itp. Dzisiaj piszę o tym. 

 

 

Misje bywają różne. Na przykład, miałem okazję zwiedzić przychodnię, którą wybudowały i do dzisiaj kierują polskie siostry-dominikanki. Wszystkie usługi, zresztą jak i w całym Kamerunie, są tu płatne. Dlatego przechodnia całkowicie się utrzymuje, teraz nawet budują nowy oddział. „Na czym polega w takim razie sens takiej misji?” – zapytacie się? To jest problem stereotypów. Pomagać ludziom – nie znaczy dawać wszystko za darmo. Istnieje wiele innych sposobów, które zauważyć i zrozumieć dosyć ciężko z polskiej kanapy. 

Bezpośrednio nasza misja jest na całkowitym utrzymaniu ludzi z Europy. To są setki i tysiące osób, które periodycznie przekazują niewielkie, a czasem i znaczne sumy na sierociniec. W ciągu tylu lat istnienia przez misję przeszły nawet nie dziesiątki, ale setki tysięcy euro. Policzcie: 40 gęb do wyżywienia, ponad 30 dzieci do szkoły. Roczna opłata za przedszkole – ok. 300 euro, uniwersytet – kilka tysięcy. Każdy ojciec i matka cudownie wiedzą ile do tego trzeba dodać na różne leki, szkolne ubiory, podręczniki, zeszyty, ołówki, jedzenie itd. Do tego dochodzą jakieś dwie setki dzieci, którym płaci się za naukę, a którzy mieszkają ze swoimi rodzinami.

Wolontariusze tacy jak my. Wielu myśli, że wyjeżdżając na misję, może i nie otrzymujesz wypłaty, ale kupują za ciebie bilet, wyrabiają wizę i opłacają resztę wydatków. Uwaga. W większości przypadków to nie jest tak. Wolontariusz musi zapłacić za wszystko sam. Nawet podczas pobytu każdy sam płaci za swoje leczenie i nie otrzymuje żadnych kieszonkowych. Jedyne, co daje misja – osobny pokój, dwurazowe wyżywienie i możliwość pracy z dziećmi. Nam z Martą trochę dopisało szczęście – setki katolików z Białorusi po prostu zrzucili się na nasz bilet, wizę i szczepionki.

Zaryzykuję stwierdzeniem, że misjonarze to wieczne żebraki. Tylko ci, co przynajmniej jeden raz organizowali nawet najmniejszą zbiórkę na jakikolwiek cel, zrozumieją, jakie to jest ciężkie. Ale misje się rozwijają i nie przestają pomagać. Co znaczy, że ludzie też.